Motywuj!

Wyraź swoją opinie na temat bloga, czy też rozdziału. Niezależnie od tego, czy będzie to opinia negatywna, czy też pozytywna. Każdy komentarz pozostawiony tutaj, zostawia za sobą ślad będący motywacją do dalszego pisania. Jeżeli posiadasz swój blog, możesz podesłać link do niego wraz z komentarzem. Z chęcią przyjdę z wizytą i pozostawię opinię po sobie.

niedziela, 13 listopada 2016

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY - "Rany"

Witam!

Rozdział późno, w dodatku słaby, ale cóż... Chorowałam, myślałam, że dam radę napisać dużo więcej i lepiej, ale rzeczywistość jak zawsze wygrała z oczekiwaniami. Za dwa dni wyjeżdżam z kraju na tydzień, więc kolejnej części spodziewajcie się dopiero za dwa tygodnie. 
Życzę miłej lektury.

Zapraszam również na mojego wattpada!

Nilkrokusy

___________

Od pamiętnego spotkania z Draconem Malfoyem minęło niecałe dwa tygodnie, w ciągu których mogłam sobie wszystko na spokojnie przemyśleć, a emocje zdążyły opaść. Już nie napływały mi do oczu łzy, gdy tylko rozmawiałam z Harrym lub Ginny. Ron z dnia na dzień coraz mniej mnie irytował, Parvati na pozór zapomniała o mojej nieprzyjemnej potyczce z lustrem, a ja... Ja tęskniłam. Próbowałam okłamywać samą siebie, że podjęta przeze mnie decyzja jest słuszna i zapadła do końca mojego życia, lecz się myliłam. Nie dotrzymałam złożonej sobie obietnicy, której kurczowo trzymałam się przez te kilkanaście dni, ale o tym później.
Lekcja transmutacji miała odbyć się już za kilka minut. Harry, przekartkowując strony podręcznika, z niepokojącym błyskiem w oku co jakiś czas spoglądał na Rona, a ten, co kilka chwil kierował swój wzrok na mnie. Udawałam, że tego nie zauważam, ale zmiany, jakie się pojawiły w moim zachowaniu niestety były tak wyraźne, że zauważył je sam Neville.
— Hermiono, ten test naprawdę nie będzie dla ciebie trudny — powiedział, podchodząc do filara, o który się opierałam.
Zmarszczyłam brwi.
— Wcale się go nie boję — odpowiedziałam z uśmiechem.
— Naprawdę? Wyglądasz na zestresowaną.
Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że wyglądałam nie najlepiej, ale zawsze, gdy ktoś o to pytał, zwalałam winę na naukę i eseje, których miałam do napisania w nadmiarze.
— Masz rację, trochę się stresuję — przyznałam, nie chcąc drążyć tematu moich podkrążonych oczu i wyblakłej skóry.
— Myślę, że nie masz powodów do obaw — stwierdził. — Jesteś chyba najlepsza z transmutacji w całym Hogwarcie!
— Zapomniałeś o profesor McGonagall — zaśmiałam się.
— Jesteście na równi — odpowiedział, również się śmiejąc.
— Oho, już do nas zmierza — powiedziałam, widząc w oddali nauczycielkę.
Wyprostowałam się, schowałam podręcznik, który wcześniej trzymałam w dłoni do torby i ruszyłam za Nevillem do klasy.
Zajęłam swoje miejsce, tuż obok Parvati Patil, a profesor McGonagall zaczęła rozdawać nasze testy, które były dla mnie dziecinnie proste do rozwiązania.
***
Malfoy wychodząc z klasy, szturchnął mnie znacząco i spoglądnął złowrogo, ale wcale się tym nie przejmowałam. Musiałam sobie poradzić z tym uczuciem, a ignorowanie jego zaczepek było jedynym rozwiązaniem. Zdawałam sobie sprawę, że za kilka miesięcy rok szkolny dobiegnie końca i w mojej głowie po Malfoyu nie zostanie żaden ślad. Bo po pierwsze nasza relacja nie zdążyła się rozwinąć na tyle, bym mogła się w nim zakochać, a po drugie jestem osobą, która potrafi poradzić sobie z każdym problemem. K a ż d y m. Tak przynajmniej myślałam.
Lekcja eliksirów miała rozpocząć się dopiero za pół godziny, dlatego postanowiłam spokojnie poczekać na korytarzu. Lochy nie wydały mi się najprzyjemniejszym miejscem, dlatego odnalazłam ławkę obok Wielkiej Sali, na której ku mojemu nieszczęściu siedział nie kto inny jak Draco Malfoy w towarzystwie Pansy Parkinson. Przełknęłam ślinę, która momentalnie ugrzęzła mi w gardle i odwróciłam się na pięcie. Za swoimi plecami usłyszałam niezbyt dyskretny chichot Ślizgonki.
Chciałam za wszelką cenę wyjść z zamku i odetchnąć świeżym powietrzem. Ten chłopak był przeklęty. Pojawiał się na mojej drodze życia wszędzie, w dodatku w najmniej oczekiwanych momentach. Niechciany, wciskał się do mojego serca, a ja nie potrafiłam go z niego wyrwać.
Odeszłam chwiejnym krokiem na dziedziniec. Znowu kręciło mi się w głowie. Złapałam się najbliższego słupa, nie zwracając uwagi na mróz, oplatający moje policzki. Zimny wiatr zaczął targać moimi włosami, a ja wciąż nie mogłam złapać równowagi. Po chwili poczułam ciepłą dłoń na swoim ramieniu i odwróciłam się ociężale.
— Hermiono, co ci jest? — zapytał Ernie Macmillan.
Zdziwiłam się, widząc jego twarz. Jego policzki były pokryte krwistymi rumieńcami, włosy rozczochrane, a głos zachrypnięty. Pod okiem widniała sina plama, jakby dostał od kogoś pięścią.
— Nie, mnie nic nie jest — odpowiedziałam, starając się zabrzmień pewnie. — A tobie co się stało? — Wskazałam palcem na siniaka.
Ernie się zaśmiał.
— To nic takiego, dostało mi się na zielarstwie od Justina.
— Justin cię pobił? Jesteście przecież przyjaciółmi! — zdziwiłam się, prostując nogi.
— Eeee nie... — mruknął. — To raczej sprawka roztańczonych grabi. — Uśmiechnął się i pomógł wejść z powrotem do zamku.
— Dziękuję za pomoc — powiedziałam.
— Nie ma za co — odpowiedział. — Na pewno nic ci nie jest? Nie wyglądasz najlepiej — zauważył.
To prawda. Od początku roku ze mną było coś nie tak. Często miałam zawroty głowy, krwotoki z nosa, czasem nawet siniaki pojawiały się znikąd. Naprawdę nie miałam pojęcia, skąd to wszystko się brało, tym bardziej, że nie uprawiałam żadnego sportu, a pani Pomfrey sprawdziła dokładnie mój stan zdrowia.
— Masz rację — przyznałam. — Niestety nikt nie wie, co mi jest. — Uśmiechnęłam się blado i spojrzałam na zegarek kieszonkowy, który zawsze leżał na dnie mojej torby. — Za dziesięć minut mam eliksiry, ty też masz lekcję, prawda?
— Numerologię — westchnął, ale nadal się uśmiechał.
— Nie lubisz numerologii?
— Ależ nie, lubię — odpowiedział prędko. — Niestety mam z nią problemy.
— Zawsze możemy pouczyć się razem — zaproponowałam, ponieważ bardzo dobrze rozmawiało mi się z Puchonem. Zresztą chwila spędzona z nim pozwoliła zapomnieć mi, chociażby na moment o Malfoyu.
— Jasne — Ucieszył się.
Po chwili na korytarzu rozległy się głośne kroki. Oboje odwróciliśmy się w stronę dźwięku i po chwili moim oczom ukazała się szczupła sylwetka należąca do... Malfoya. Westchnęłam w myślach.
— Macmilian, co ty tu robisz? Nie powinieneś się właśnie uczyć, latać na miotle? — zadrwił, a Ernie zrobił się czerwony jak burak na grządce. — A ty Granger co się tak patrzysz? Lepiej biegnij na eliksiry, Slughorn jest już w klasie — prychnął, uśmiechając się przy tym bezczelnie.
— Jasne — rzuciłam kpiarsko. — Zatem za tobą stoi jego sobowtór. — Malfoy spojrzał za swoje plecy i tak samo, jak ja dostrzegł profesora niosącego dwie wielkie tace obciążone dziesiątkami fiolek, sprawiające wrażenie chcących runąć na posadzkę. — A może to ty masz rozdwojenie jaźni — powiedziałam prowokującym tonem, chcąc zwrócić uwagę, z jaką pogardą się do mnie odnosił, mimo że ostatnimi tygodniami dogadywaliśmy się naprawdę dobrze.
W jego oczach widziałam to coś. Wstyd, zmieszanie, onieśmielenie i chociaż naprawdę umiejętnie zamaskował wszystkie emocje, ja chcąc, czy nie chcąc, wiedziałam co naprawdę czuje.
W tej samej chwili profesor Slughorn o mało co się nie przewrócił, więc ignorując towarzystwo obu chłopaków, podbiegłam do niego i zaproponowałam pomoc.
— Tak, tak... — pomrukiwał. — Dziękuję panno Granger. — Podał mi do rąk jedną z tac i spojrzał na zegarek. — Oh, panie Malfoy, proszę poczekać! - krzyknął, widząc oddalającą się sylwetkę blondyna. — Mógłby pan... Oh dziękuję, dziękuję, a ty Macmilian na lekcję, ale już!
Spojrzałam na Erniego, który zniesmaczony rozmową z Malfoyem ruszył w stronę klasy profesor Vector.
— Zanieście to do mojego gabinetu, muszę iść na lekcje — poinformował, a ja musiałam przyznać, że nie widziałam profesora Slughorna w takim stopniu roztargnienia.
Od tamtego momentu żywię ogromną urazę do profesora Slughorna.
— Granger, zaraz się przewrócisz — zakpił Malfoy, widząc, jak podnoszę się z ziemi, a taca ze szklanymi naczyniami niebezpiecznie się chwieje.
— Lepiej uważaj na siebie — syknęłam, prawie przewracając się z powrotem na kafelki. Na szczęście Malfoy zdążył odebrać z moich rąk ciężką tacę.
Jego palce zaledwie musnęły mojej dłoni, a mimo to ja poczułam między nami elektryczność, która poraziła moje ciało i nie pozwoliła mi się podnieść. Malfoy natychmiastowo to wyczuł i podał mi swoją dłoń, aby mi pomóc. Chwyciłam ją zatem, a moim ciałem wstrząsnął dogłębny dreszcz emocji. Znów poczułam się brudna.
Odebrałam od niego naczynia i bez słowa ruszyłam w stronę gabinetu. Po drodze spotkaliśmy jeszcze Padmę Patil, która była szczerze zdziwiona widząc naszą dwójkę razem.
— Granger, myślę, że powinniśmy porozmawiać — odezwał się Malfoy, przerywając frustrującą ciszę.
— A to niby o czym? — odburknęłam, otwierając drzwi.
— O tym, co się niedawno wydarzyło. — Odchrząknął znacząco i spojrzał w moją stronę, ale ja udawałam, że patrze w zupełnie innym kierunku. — O tym, co mi powiedziałaś...
— A co takiego p o w i e d z i a ł a m, że chcesz to przedyskutować? — zapytałam niewinnym głosem.
Z trudem musiałam ukrywać chęć rozmowy z nim. Naprawdę miałam ochotę zamienić z nim kilka słów, choćby dla nas obojga byłyby ciężkie do wypowiedzenia. Niestety brak jakiegokolwiek kontaktu był częścią planu, którego usilnie próbowałam się trzymać.
— Mówiłaś, że chcę cię wykiwać — powiedział cicho. — Czy jakkolwiek chcesz to nazwać.
Jego oczy były bardzo poważne.
— Ale myliłaś się Granger, ja nie mam w jaki sposób cię wykiwać — dokończył, a ja poczułam, jak w gardle zawiązuje mi się mocny supeł.
Miały głęboką, błękitną barwę.
— A to, co się wydarzyło na korytarzu z Macmilianem, to dobrze wiesz, o co mi chodziło. Pozory.
Ale wciąż były zimne.
— To nie zmienia faktu Malfoy, że wciąż nie wiem czego, ode mnie chcesz — odpowiedziałam, otrząsając się z jego słów.
— Niczego od ciebie nie chcę — oburzył się, widząc, jak reaguję na jego gesty względem mnie. 
— Chyba nie jesteś w stanie zrozumieć moich intencji!
— Masz całkowitą rację — powiedziałam, nim poczułam ból w czaszce i osunęłam się na ziemię.
Czułam to samo każdego dnia. Potrzebowałam pomocy, której nikt nie potrafił mi udzielić. To niemożliwe, że nikt nie wiedział, co mi jest, prawda? Wyobraźcie sobie sytuację, w której usilnie chcecie się czegoś dowiedzieć, ale nie jesteście w stanie. Wiedziałam, że z moim ciałem dzieje się coś niedobrego. Czułam, że moja krew jest jak trucizna, która wypełnia moje żyły, a ja jestem bezbronna, bo przecież człowiek potrzebuje krwi. Nawet takiej jak moja.
Nagle przed oczami stanął mi obraz Draco Malfoya, który obejmował swoją p r z y j a c i ó ł k ę, byłą dziewczynę i kompankę od najmłodszych lat P a n s y. Adorowanie Draco Malfoya (w moim przypadku) było jak skok z wysokości. Bo przecież nam nie mogło się udać. Nawet jeśli inni by zaakceptowali mój wybór, to przecież on pozostaje nieprzystępnym dla mnie zakazanym owocem, który w dodatku ochoczo przyjmuje w ramiona inne, lepsze ode mnie. W Hogwarcie nie mówiło się wszem wobec o tym, że ktoś jest atrakcyjny. To nie był mugolski akademik studencki, gdzie każdy czaił się na drugą osobę i szukał związku na siłę. Mimo wszystko ludzie wiedzieli, że ja nie jestem ładna, że mam brzydkie zęby i wiecznie rozczochrane włosy. Pansy natomiast miała zawsze równo ścięte, gęste i czarne jak smoła włosy, bladą, aksamitną cerę, no i proste zęby. Być może jej rysy twarzy pozostawiały wiele do życzenia, bo przecież psia uroda nie była i nie jest urocza, to ona była pewna siebie i przez to stawała się atrakcyjna. Tak samo Malfoy. Arystokraci byli po prostu piękni.
— Granger, ty ciemna maso! — warknął Malfoy, odkładając swoją tace na biurko i kucając, aby mi się przyjrzeć.
Poczułam, jak chłodna dłoń obejmuje moją łydkę i wyznacza linię palcem. Piecze, pomyślałam. Malfoy szybko wstał i zaczął grzebać na półce z eliksirami i różnymi miksturami. Po chwili znów znalazł się przy mnie i odkorkował jedną z fiolek. Drugą, trzymał na wysokości oczu i okrężnymi ruchami sprawdzał jej konsystencję. Była gęsta, iskrząca się niczym krew jednorożca, ale miała inny kolor. Była pioruńsko zielona. Wyjął korek zębami i dodał kilka kropel do wcześniej otworzonego już eliksiru. Na sam koniec ranę, która pojawiła się na mojej nodze, zalał mieszaniną i zakrył nogę podkolanówką.
Obraz wciąż miałam zamglony. Nie wiedziałam co się do końca wokół mnie dzieje, czułam jedynie pieczenie, które z każdą sekundą się zmniejszało.
— Chciałbym ci pomóc — mruknął pod nosem Malfoy, chyba myśląc, że jestem nie przytomna.
Przybliżył się do mnie, przez co nasze twarze znajdywały się na tej samej wysokości. Pogładził moje włosy, wyciągając z nich odłamki szkła i delikatnie szarpnął mnie za ramię.
— Słyszysz mnie Granger? — zapytał, a ja słabo pokiwałam głową. — Będziesz w stanie wstać?
— Tak — wychrypiałam i złapałam za jego dłoń, usiłując się podnieść.
Zamiast mnie podciągnąć do góry, Malfoy wziął mnie na ręce i posadził na biurku. Wziął moją twarz w obie dłonie i spojrzał mi w oczy.
— Często ci się to zdarza? — W jego głosie dostrzegłam troskę.
— Czasem — odpowiedziałam słabym głosem. — Nie zawsze mdleję.
— A krew? — Wzdrygnął się. — Masz jakieś rany?
Zastanowiłam się chwilę i doszłam do wniosku, że poza moimi siniakami na ciele nie pojawiają się żadne zadrapania ani r a n y.
— Skąd o tym wiesz? — zapytałam, zamiast udzielić mu odpowiedzi. — Skąd wiesz o tym, co mi się dzieje i co mi na to podawać?
Podciągnął rękawy swojej koszuli i potarł dłońmi chudą twarz.
— Cóż Granger, obserwuję cię — odparł.
Mroczny znak. Na jego lewym przedramieniu.
— Malfoy, twoja ręka... — mruknęłam.
Po moich słowach biała koszula natychmiast przykryła blady tatuaż, który mimo wyblakłej barwy bardzo odznaczał się na jego kredowej skórze.
— Z samych obserwacji nie byłbyś w stanie...
— Moja matka choruje Granger — odpowiedział z żalem, zanim zdołałam dokończyć. — Dlatego trochę się znam.
— Ma to samo co ja? — zapytałam z nadzieją, że jest sposób na dowiedzenie się przyczyn moich objawów.
— Nie Granger, na coś innego... — mruknął.
Pokiwałam głową i rozejrzałam się na około, gdzie szkło było porozsypywane dosłownie wszędzie. Poza tym to wszystko zajęło nam zbyt dużo czasu.
— Powinniśmy posprzątać — zauważyłam, zeskakując z ławki.
— Ach tak — przyznał, wycierając okrwawione palce o szatę i wycierając z kieszeni różdżkę.
Do miłości było mi jeszcze daleko. Chyba. W każdym razie patrząc, na niego czułam się, jakbym stała na obłoku chmury. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Zmierzwione blond włosy wyglądały niezwykle artystycznie, a jego zapach utkwił mi w nozdrzach i nie chciał ich opuścić.
Jak to się stało? Przecież od początku go nienawidziłam. Był paskudny. Był chciwy, złośliwy, cyniczny i samolubny. Co z tego! Już było za późno...
W tej samej chwili drzwi gabinetu otworzyły się z hukiem. Zza progu wyłonił się... Ron i Harry.
— Hermiona? — odezwali się oboje tak samo zdumieni.

piątek, 21 października 2016

ROZDZIAŁ ÓSMY - "Ja i moje uczucia"

Witam!

Jak widać, wena powróciła. Nawet i ze zdwojoną siłą! 
Zaglądajcie również na mojego WATTPADA, gdzie znajdziecie moje opowiadanie. Zapraszam serdecznie do czytania, mam nadzieję, że się spodoba. 

_______

Zastanawiałam się jak to się stało, że tak szybko postanowiłam zaufać Malfoyowi? Przecież doskonale zdawałam sobie sprawę z tego jakim gnojkiem tak naprawdę ten człowiek był, jest i będzie! Spojrzałam wtedy na jego ciało i już wiedziałam dlaczego tak na jego rozkazy, prośby... nawet nie potrafię nazwać tego co wtedy ze mną robił, w każdym razie zorientowałam się co ten chłopak ze mną wyczyniał. On mnie najzwyczajniej w świecie uwodził. Usiłowałam wyrwać rękę z jego uścisku, kiedy prowadził mnie do Wielkiej Sali, ale trzymał ją mocno. Jakby bał się, że od niego ucieknę. Spojrzał na minie ze zdziwieniem. 
-Malfoy puść mnie! - warknęłam.
Jednak on nie zamierzał tego zrobić. Spojrzał mi głęboko w źrenice swoimi przenikliwymi oczyma, a ja właśnie wtedy odkryłam, że kryją one w sobie tę wyniosłość, z którą Malfoy potrafił obchodzić się jak nikt inny. 
-O co ci chodzi? - zapytał sucho.
W jego tonie głosu dostrzegłam niepokój. Jakby martwił się o to, czy naprawdę mam ochotę od niego odejść. 

-A może ty mi w końcu powiesz o co tutaj chodzi? - zdenerwowałam się, gdy desperacko próbował zaprowadzić mnie do stołu Slytherinu. - Co ty robisz? - zapytałam zdziwiona, kiedy mocno pchnął mnie, abym usiadła na twardej, drewnianej ławie. 
-Granger, nie zadawaj teraz żadnych pytań - jęknął rozpaczliwie. - Po prostu zrób to co ci każę - powiedział i usiadł obok mnie, sięgając po srebrną filiżankę i dzbanek do herbaty. 
-Niby dlaczego miałabym się ciebie posłuchać? - zapytałam wyprowadzona z równowagi. 
Po raz kolejny spojrzał na mnie uważnie.
-Dlatego, że cię o to proszę - odpowiedział błagalnym tonem.
Nie potrafiłam pojąć, skąd te wszystkie emocje znalazły się w tym na co dzień nieczułym, kamiennym i zobojętniałym człowieku. Choć tak naprawdę nie poprosił mnie o nic, nie wypowiedział tego jednego, kluczowego słowa, to jednak błagał o wszystko. 
-Co masz zamiar zrobić? - zapytałam pokornie, wyczerpana tym co się wtedy działo. 
Malfoy wyciągnął fiolkę z eliksirem i odkorkował go, w gotowości, aby wlać mi go do herbaty. Spojrzałam na niego podejrzliwie. 
-Mogę go zobaczyć? - bąknęłam.
Podał mi go natychmiast do ręki i patrzył z wyczekiwaniem na moją reakcję, podczas gdy ja 
ruchem ręki machnęłam w stronę swoich nozdrzy, aby go powąchać. 
-Pachnie i wygląda jak... - zaczęłam.
-Jak wywar wzmacniający - dokończył za mnie Malfoy. - Zgadza się Granger. 
Oddałam mu go i pozwoliłam na to, aby dodał do mojego napoju, po czym odebrałam od niego naczynie i niepewnie przyłożyłam do swoich warg.
-Zdaję się, że mi nie ufasz - zauważył.
-Nie mam do tego żadnych podstaw - wyjaśniłam, biorąc głęboki wdech.
-Ja również nie mam, a mimo to, ufam ci Granger - odpowiedział beztrosko.
-I tym się różnimy - skwitowałam i wstawałam ze swojego dotychczasowego miejsca. 
Wyglądał na zdezorientowanego. Miał chyba nadzieję na to, że spędzimy razem więcej czasu. Z wielkim bólem stwierdziłam, że ja także chciałabym pobyć z nim choć trochę dłużej, ale nie mogłam. Musiałam się przed tym powstrzymać, bo Malfoy nie był kimś, kto był wart mojego cennego czasu. Wiedziałam to już wtedy, a mimo wszystko pozwoliłam na to, aby porwał mi całe życie. Zajął te krótkie, szczęśliwe, jak i te bolesne i ciężkie chwile, bo sama na to pozwoliłam. Z biegiem czasu przestałam zwracać uwagę na to, że to właśnie on stał się moim całym światem i nie potrafiłam normalnie funkcjonować bez niego obok.
Wzburzona, pełna sprzecznych emocji, miałam zamiar wrócić do salonu Gryffindoru. Na swojej drodze spotkałam Ginny, która najprawdopodobniej wracała z biblioteki. Jak tylko mnie zobaczyła, uśmiechnęła się promiennie. 
-Co masz taką zbolałą minę? - zapytała i pokrzepiająco złapała mnie za ramię, w drugiej ręce trzymając książki.
-Ciężki dzień - rzuciłam z westchnieniem, wlekąc się bezwiednie po korytarzu.
Omiotłam swoim spojrzeniem ciemny hol i na samym końcu, tuż przy drzwiach do biblioteki, dostrzegłam dwie postacie. Wyprostowałam się i poprawiłam włosy, nie przejmując się zdziwionym spojrzeniem Ginny. W naszą stronę zmierzał Blaise Zabini i Teodor Nott. Śmiejąc się w głos, opowiadali sobie zapewne przednią historie, oczywiście tylko i wyłącznie w ich mniemaniu... Mogłabym przyrzec, że Zabini miał ochotę wybuchnąć niepohamowanym śmiechem, lecz gdy tylko mnie zobaczył, natychmiast spoważniał, chociaż jego uśmiech wciąż pozostawał w jakimś stopniu łobuzerskim.
-Dlaczego on się tak patrzy? - szepnęła Ginny i choć powiedziała to naprawdę cicho, byłam pewna, że obaj chłopcy usłyszeli to co powiedziała, bowiem ich oczy niebezpiecznie zaiskrzyły.
Przełknęłam ślinę i starałam się odwrócić wzrok, ale natarczywe spojrzenia obu Ślizgonów mi to uniemożliwiało. Spięłam się, gdy nas mijali, Ginny natomiast prychnęła, tym samym komentując niemiłe zachowanie obu chłopaków. 
-Ale buce - żachnęła się. - Widziałaś jak się patrzyli?
Zamiast twarzy Ginny, przed oczami pojawiła się ta blada, lekko piegowata, może nawet wychudzona... Malfoy. Potrząsnęłam głową, aby odgonić od siebie myśli o nim i obraz jego oblicza, które zaczęło mnie powoli nawiedzać. 
W między czasie tylko kiwałam głową i potakiwałam, aby Ginny nie domyśliła się, że coś ze mną nie tak. Jednak nie doceniłam jej spostrzegawczości i w końcu padło pytanie, którego obawiałam się najbardziej. 
-Czy ty coś ukrywasz Hermiono? - zapytała, schylając się, aby przejść przez dziurę w portrecie Grubej Damy, prowadzącą do pokoju Gryffindoru.
Roześmiałam się nerwowo. 
-A niby co miałabym do ukrycia? - zapytałam, dorównując jej kroku. 
-Nie wiem - odpowiedziała Ginny. - Dlatego pytam. 
Usiadłam na wytartej kanapie w pokoju wspólnym, zlepiając swoje dłonie w nerwowym geście. Nawet nie miałam pojęcia dlaczego się tak tym stresowałam. Może dlatego, że Malfoy był naszym największym wrogiem od pierwszego roku w Hogwarcie. Ba! Rok szkolny wtedy nawet nie zdążył się zacząć, a my już uznaliśmy, że nie będzie on naszym sprzymierzeńcem. 
-Słuchaj Ginny, nie mam ochoty o tym rozmawiać - stwierdziłam.
-Zaczekaj! - zawołała za mną, gdy tylko wstałam ze swojego miejsca. - Chodzi o Rona? - spytała widocznie zmartwiona.
Denerwowało mnie, że wszyscy mówili w kółko o Ronie! Co oni sobie myśleli? Że niby mamy zamiar do siebie wrócić? Dobre. Może i on chciałby, żeby coś takiego się wydarzyło, ale ja już dawno powiedziałam samej sobie i reszcie światu, że to ewidentny koniec między nami. Mimo wszystko, ja nie chciałam go ranić, był dla mnie niezwykle ważny, ale niestety taka była kolej rzeczy.

-Wiesz, że możesz mi powiedzieć - odparła Ginny, pocierając moją dłoń, aby dodać mi otuchy. 
-O czym? - zapytał Ron, wpadając do pokoju wspólnego. 
Jeszcze tego mi brakowało! Rona i Harry'ego, którzy słysząc kawałek naszej rozmowy, za wszelką cenę zapragną dowiedzieć się więcej. 
-Ron, nie twoja sprawa! - warknęła Ginny. 
-Spokojnie - powiedziałam, aby nie wywiązała się z tego żadna kłótnia. 
Miałam tyle na głowie, tyle emocji psuło mój wewnętrzny spokój ducha, a mało brakowało i dorobiłabym się kolejnego problemu w postaci wścibskich przyjaciół, którzy wątpię, aby popierali to, co od niedawna robiłam i to, o czym, a raczej o kim, ostatnio myślałam całymi dniami. 
-Zrozumcie, że nic mi nie jest - dopowiedziałam szybko, widząc jak Ron rzuca złowieszcze spojrzenie w stronę swojej siostry. 
-Jeśli Hermiona będzie potrzebowała naszej pomocy, to nas o to poprosi. - Do dyskusji dołączył się Harry. - Prawda? - Odwrócił głowę w moją stronę, abym poparła jego słowa. '
-Właśnie tak - potwierdziłam słabym głosem.
Następnie bez żadnych wyjaśnień opuściłam pokój wspólny, udając się do swojego dormitorium, które na chwile obecną było puste, ponieważ Parvati w nim po prostu nie było. Ulżyło mi, bo miałam ochotę pobyć sama. Poczułam jak łzy napływają mi do oczu, ale postanowiłam wziąć się w garść i nie płakać. „Będę silna" - powtarzałam, ale tak naprawdę nie potrzebowałam siły, bo niby do czego? Z czym miałabym niby walczyć? Jedyna walka, jaka się teraz odbywała, to ta we mnie. W środku mnie. Moje uczucia przeciwko wyrzutom sumienia, które dręczyły mnie odkąd zaczęłam okłamywać swoich przyjaciół. Wszystko przez tego przeklętego Malfoya! Pogubiłam się, nie mogąc pojąć tego, jak bardzo naiwna jestem, jak to się stało, że moje uczucia względem Malfoya przeszły taką metamorfozę. Jak on to zrobił? Jak zdołał w tak krótkim czasie omotać mnie wokół swojego kościstego palca. 
Usiadłam zmęczona na łóżku, ukryłam twarz w dłoniach i do mojej świadomości zaczęły docierać fakty, że ja najzwyczajniej w świecie zaczynam za nim tęsknić. 
Gwałtownie wstałam, zrobiłam kilka kroków przed siebie i ogarnęło mnie uczucie totalnego, emocjonalnego rozdarcia. Poczułam zapach, który wywołał u mnie natychmiastowe obrzydzenie, natychmiastowy wybuch złości i goryczy, która zaczęła ze mnie wypływać w postaci łez. Podeszłam szybko do lustra i spojrzałam na swoje żałosne odbicie. 
-Dlaczego - szepnęłam w swoją stronę i powoli zaczęłam smakować swych słonych łez, które strumykami spływały mi po policzkach, prosto do ust. - Dlaczego zaczynam czuć to właśnie do niego? - krzyknęłam, uderzając pięścią w srebrną taflę. Na szczęście nie pozostawiłam żadnych śladów uderzeń. 
Patrząc na siebie, miałam ochotę napluć na swoje odbicie twarzy. Czułam do siebie pogardę, że taki Malfoy zaczyna mi mieszać w głowie. Śmierciożerca, ktoś, kto nie zasługiwał nawet na życie wśród nas, a tym bardziej na takie szczególne uczucia względem niego. Doskonale wiedziałam, że ktoś taki jak ON nie odwzajemni moich uczuć, bo jego intryga w końcu znajdzie swój koniec, a ja zostanę z tym wszystkim sama. Rozchwiana emocjonalnie, ze złamanym sercem, 
w dodatku z obrzydzeniem do samej siebie. 
Myśląc o tym wszystkim rozpłakałam się na dobre. Skuliłam się pod ścianą i płakałam niczym małe dziecko, co kilka sekund wycierając rękawem nos.
-Hermiona? - usłyszałam głos Parvati, który dosięgał moich uszu zza drzwi. - Wszystko w porządku? Mogę wejść?
Natychmiast wstałam z kąta, w którym siedziałam, otarłam spuchnięte oczy i zaczerwienione, szczypiące policzki. Podeszłam do lustra, aby się w nim przejrzeć i z goryczą stwierdziłam, że nigdy w życiu nie wyglądałam gorzej niż w tej chwili. 
-Wejdź - odpowiedziałam zachrypniętym głosem i po chwili pociągnęłam nosem, aby pozbyć się skrzeczącego tonu.
Parvati otworzyła drzwi i zamarła w bezruchu. Lekko speszona weszła do dormitorium i usiadła naprzeciwko mnie. 
-Coś się stało? - zapytała troskliwie. - Chcesz o tym porozmawiać? - zapytała uprzejmie, nienachalnie. 
Westchnęłam głęboko i spojrzałam jej w oczy, po czym blado się uśmiechnęłam. 
-Nie, to tylko emocje - zaśmiałam się, ocierając ostatnie krople z mojej twarzy. - Długo się we mnie kumulowały. 
-Rozumiem - powiedziała. - Jeśli będziesz chciała jednak porozmawiać, to daj znać - powiedziała, wstała i delikatnie mnie objęła.
Nie ukrywam, że Harry, Ginny i Parvati dodali mi dzisiaj otuchy, jak i również zwiększyli poczucia wyrzutów sumienia, które zaczęły mnie wręcz pożerać. Gdy spojrzałam w oczy Parvati i dostrzegłam w nich zatroskanie, wiedziałam, że bycie nieszczerą nie wyjdzie mi na dobre. 
Wciąż trzymana w ramionach przyjaciółki, stałam się bardzo senna, a gdy tylko zasnęłam, ułożyła mnie w moim łóżku. 
***
Budząc się rano, poczułam silny ból głowy. To zapewne z nerwów. Postanowiłam dzisiaj, że gdy tylko spotkam Malfoya, to go zignoruję. Albo przynajmniej podejdę do rozmowy z większym dystansem, aby go spławić i pokazać, że nie jestem taka słaba jak mu się mogło wydawać. I choć Draco Malfoy nie dawał mi wystarczających dowodów na to, że jestem jego marionetką do zabawy, to jego zachowanie było jak najbardziej podejrzane, a ja postanowiłam uniknąć jakichkolwiek rozczarowań. Czy mi się udało? Zważywszy na to, co robię dzisiaj i co do niego czuję, sądzę, że nie. Przysięgałam sobie wiele razy, że nigdy się do niego nie odezwę, a to był jeden z nich.
Pogoda była paskudna, za oknem było jeszcze nie do końca jasno, a mróz, który panował na zewnątrz, chyba powoli przedostawał się do wnętrza zamku, ponieważ po moim ciele co kilka chwil przechodziły dreszcze. Ciemnym i opustoszałym korytarzem zmierzałam na lekcje Obrony Przed Czarną Magią. 
-Granger! - zawołał ktoś za moimi plecami. 
Osoba, która wymówiła moje nazwisko, sprawiła, że dreszcze, zamieniły się w elektryzujące prądy, które przechodząc przez moje ciało, sprawiały mi ogromny ból. 
Przyśpieszyłam kroku. 
-Zwolnij Granger! - zawołał znowu. 
Nie dam się sprowokować, pomyślałam.
-Granger stój! - Głos, który usilnie kusił mnie do odwrócenia się w jego stronę zawołał kolejny raz, a ja poczułam, że wbrew sobie zaczynam zwalniać. 
W końcu dałam za wygraną i pozwoliłam się dogonić, ale tylko po to, aby po chwili uciec, aby uniknąć konsekwencji tego spotkania, które były o wiele surowsze, niż jakikolwiek szlaban. Były małymi torturami, które powoli wykańczały mnie od środka. 
-Mam pewne pytanie - oznajmił, dorównując mi kroku i łapiąc mnie za ramię, ponieważ najwyraźniej zmęczyła go akcja gończa za moją osobą. 
Strzepnęłam jego rękę ze swojego ciała, z żalem przyznając, że chociażby najmniejszy kontakt, powodował u mnie ciarki i nieprzyjemne uczucie chłodu. 
-Malfoy, odczep się ode mnie! - krzyknęłam, choć w moim mniemaniu był to błagalny szept. 
Jego mina przedstawiała nieme zdziwienie. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. 
-Coś się stało? - zapytał.
Miałam dość jego głupich gierek. Gdybym go nie znała, może uwierzyłabym w jego niewinny ton głosu, ale znając jego sposób bycia, charakter i niektóre zachowania, byłam w stanie dostrzec w tym wszystkim spisek, głęboko schowany, pod grubą warstwą oczu, które wyrażały szczere zaniepokojenie, brwi, które układały się w geście niezrozumienia i rąk, które choć zimne na co dzień, dziś były zdumiewająco ciepłe. 
-Nie wiem o co ci chodzi Malfoy, ale nie dam się wykiwać - powiedziałam ostro, przecinając swoim tonem powietrze na wskroś. - Trzymaj się ode mnie z daleka, bo ja nie mam zamiaru z tobą w żaden sposób obcować! - wytłumaczyłam mu z goryczą i odeszłam, zostawiając go na pozornie pustym korytarzu. A tak naprawdę pełnym słów, które raniły, jak się okazało, nie tylko mnie.

________
Poprawiać mnie w komentarzu, jeśli zdarzyły się błędy.
Ps. Poszukuję bety. 

czwartek, 6 października 2016

ROZDZIAŁ SIÓDMY - "Ja ulegam"


Kiedy kolejny raz go zobaczę?” przemknęło mi przez myśl, przypominając sobie jaką idiotką jestem, aby w ogóle o czymś takim rozmyślać. Zajmowałam wtedy miejsce na trybunach, ponieważ jak już wcześniej wspominałam, miał się odbyć mecz; ślizgoni kontra puchoni. 
-Oby puchoni dokopali tym łamagom! - bulwersował się Ron zasiadając na ławce w sektorze Gryffindoru. - Albo nie! Mam chęć zmiażdżenia ich samodzielnie! - stwierdził po chwili. - Prawda Harry? - zwrócił się do przyjaciela, który obwiązywał sobie szalik wokół szyi, ponieważ temperatura na dworze nie przekraczała kilku stopni. 
-No cóż… - mruknął Harry. - Wolałbym żeby jednak przegrali, lepiej dla nas - powiedział. 
Harry nie był aż tak wrogo nastawiony do ślizgonów co Ron. Wbrew pozorom. Nigdy nie rozumiałam zachowania Rona, który często miał problem o coś, co w ogóle go nie dotyczyło. Jednak to jego decyzja i poglądy, które szanuję.
-Ginny, podasz mi czapkę? - poprosił Ron, a ona posłusznie wyjęła z torby bordową czapkę i podała mu prosto do ręki, lecz nie zdążył jej złapać i upadła na drewnianą podłogę.
Podniosłam ją natychmiast i założyłam na rudą czuprynę, która dzisiaj była wyjątkowo rozczochrana. 
-Ojej dziękuję - zachichotał Ron. 
Po chwili nad naszymi głowami przelecieli zawodnicy z żółtych szatach. Ernie, z którym siadałam niekiedy na lekcjach, pomachał do mnie i uśmiechnął się, na co Ron zareagował niepokojąco dziwnie.
-Od kiedy ten cały Ernie jest w drużynie? - zakpił. - Patrzcie tylko na niego, zaraz spadnie z tej miotły!
Ron miał rację, chłopak wcale się nie popisał lecąc na swojej nowej, s z y b k i e j miotle, która sprawiała wrażenie chcącej zrzucić z siebie puchona. Mimowolnie zachichotałam. 
Po chwili dojrzałam Parvati Patil, przeciskającą się przez tłum i zmierzającą do nas. Usiadła z mojej prawej strony i uśmiechnęła się ciepło. 
-Cześć! - przywitała się uprzejmie. - Jak humory? - zagadnęła nas. 
-W porządku -odpowiedziałam. - A twój? 
Och w porządku, tylko ci ślizgoni! Tak mnie irytują! - warknęła, obtulając się ramionami. 
-Masz racje! - odpowiedział Ron. - Mam nadzieję, że puchoni dadzą im w kość! 
-Nie o to chodzi… - burknęła lekceważąco. - Widzisz tamtego z czwórką na plecach? - zapytała i wskazała głową na zawodników w zielonych szatach. 
-Tak, nazywa się Nott - odpowiedziałam. - Co z nim?
-Ten idiota przeleciał mi nad głową i zabrał czapkę - oburzyła się. - Potem podał ją Malfoyowi, który się z tego „świetnego żartu” nabijał.
-Kretyni! - powiedziałam, ale gdy tylko usłyszałam o Malfoyu, spojrzałam znowu w stronę zawodników i utkwiłam wzrok w szatę z siódemką na plecach. 
Ależ ze mnie idiotka! Gapiłam się na niego jak opętana, nie zwróciłam nawet uwagi na to, że Ron próbuje zlokalizować mój wzrok. Całe szczęście nie zorientował się, że padał on wtedy na blondyna, bo mogliby nabrać podejrzeń, albo uznać mnie za nienormalną. 
Tylko jakie podejrzenia miałam na myśli? Chyba udzielanie korepetycji Malfoyowi, wydawało mi się wtedy zbrodnią. Bo nic innego przecież moi przyjaciele nie mogli odkryć. Nie miałam tajemnic, a gdyby zapytali, czy faktycznie będę uczyła Malfoya transmutacji, to bez wahania powiedziałabym im prawdę. 
Byłam ciekawa, czy się zmienił. Czy zrozumiał coś i wyciągnął konsekwencje z tego jak to wszystko się skończyło. Czy żałował tego, że przystąpił do szeregów Voldemorta? Przecież widziałam go na wojnie. Widziałam jak miotał się pomiędzy nami i tak naprawdę był bezużyteczny, bo jego pan wcale go nie potrzebował! Dlaczego więc tyle ryzykował? Miałam wtedy cichą nadzieję, sama nie wiedziałam dlaczego, że Malfoy to już nie ten sam człowiek, co kiedyś. Poza tym zauważyłam już małe zmiany. Kilka lat temu nie śmiałby odezwać się do mnie, a tym bardziej prosić o korepetycje. Nie martwiłby się o moje zdrowie, w tak właściwie to miałby mnie głęboko gdzieś. Ale tak było… Byłam taka naiwna, bo tak naprawdę nikt się nie zmienia. W gruncie rzeczy to, co zakorzenione głęboko, już nigdy się nie zmieni, ani nie poprawi. 
Patrzyłam na jego ciało bardzo uważnie. Zimny wiatr szarpał jego ubranie, włosy falowały jak opętane, a on sam śmiał się z Teodorem Nottem i Blaisem Zabinim zapewne z kogoś, albo z czegoś, co nie było w moim mniemaniu wcale zabawne. Mimo wszystko, wyglądał tak delikatnie i ludzko… Skarciłam się w myślach, uderzając wnętrzem dłoni w czoło. Jak ja mogłam wymyślać takie rzeczy, w dodatku o Malfoyu?
-Coś się stało? - zapytał Ron, kładąc dłoń na moim ramieniu. 
Gwałtownie podniosłam głowę, spoglądając na niego zdziwionym wzrokiem. 
-Nie - odpowiedziałam. - Kiedy oni w końcu zaczynają? - burknęłam, bo miałam dość gapienia się na Malfoya, a nie mogłam oderwać wzroku od jego śmiejącej się twarzy. 
-Powinni niedługo - stwierdził Harry i mocniej przytulił do siebie Ginny. 
Ron spoglądał na nich jakby z zazdrością. Ukradkiem patrzył na mnie i zupełnie nie wiedziałam o co mu chodzi. Miał zamiar mnie objąć ramieniem? Chyba zamierzał to zrobić, ale nagle nad nami pojawili się ślizgoni, których gryfoni potraktowali moim zdaniem bardzo nieodpowiednio. Cały sektor zaczął buczeć, a niektórzy nawet próbowali rzucić czymś w zawodników. 
Spojrzałam z niechęcią na Rona, który wyrażał swoje emocje chyba najgłośniej. On tylko zaśmiał się i kontynuował rozmowę z Harrym. Po chwili usłyszałam wyczekiwany przez wszystkich głos Zachariasza Smitha. Zawodnicy ruszyli.
-Slytherin wygrywa sześćdziesiąt co dziesięciu! - krzyknął Zachariasz, a sektor ślizgonów ryknął tak głośno, że przez chwilę nie słyszałam własnych myśli. 
-Co za ofiary losu! - denerwował się Ron. - W ciągu trzydziestu minut trafili tylko raz? Łamagi! - krzyczał. 
Sama nie wiedziałam co o tym sądzić. Mecz był całkiem ciekawy, jak na quidditcha, ale nie czułam, żebym przejmowała się wynikiem. Dla mnie było obojętne, która z drużyn wygra. Ron za to zbyt mocno to przeżywał. Gdy puchoni stracili już czwartą bramkę, tak się zdenerwował, że machnął ręką i walnął mi prosto w nos.
-Na pewno nic ci nie jest? - dopytywał, gdy humor nieco mu się poprawił, bo Cadwallader zdobył trzeciego gola dla puchonów. - Przepraszam, ale naprawdę nie chciałem żebyś oberwała. To tylko emocje - zapewnił mnie, a ja prychnęłam pod nosem.
-W porządku, nie mi nie jest Ron - uśmiechnęłam się pokrzepiająco i dałam się poczochrać po włosach.
Harry i ja zaśmialiśmy się, gdy Ron porównał mnie do pudelka, co było niezwykle urocze. Jak na niego…
-Uwaga, uwaga! - zawołał Smith, gdy ślizgoni wygrywali mecz sto dwadzieścia do siedemdziesięciu. - Ernie właśnie wyczaił znicza! - zdziwił się komentator, jakby wątpił w umiejętności swojego kolegi. - Ohh nie! Draco Malfoy sunie tuż za nim! - krzyknął rozżalony. 
W tym samym momencie Ron wstał z ławki i zaczął dopingować drużynę puchonów. 
-Slytherin zdobywa sto trzydziesty punkt! - poinformował Zachariasz, a gdy tylko spojrzałam na boisko, zobaczyłam jak Zabini i Nott zbijają mocną piątkę. 
Gdy tylko usłyszałam rozentuzjazmowane krzyki, dostrzegłam jak Ernie ledwo trzymając się na swojej miotle, leci prosto na Malfoya, który zdołał go wyścignąć i kiedy wyciągał dłoń, aby zacisnąć w swoich palcach złotą piłeczkę, Ernie spadł ze swojego sprzętu, a Zachariasz z nieszczęśliwą miną poinformował, że ślizgoni wygrywają dzisiejszy mecz. 
-Co to ma być! - krzyknął Ron. 
-Oferma! - wykrzykiwał sektor Gryffindoru, choć puchoni również nie odpuścili swojemu szukającemu. 
Gdy tylko usłyszałam obraźliwe komentarze na temat biednego Erniego, który spadł ze swojej miotły, zrobiło mi się go strasznie szkoda. Spojrzałam w dół i dostrzegłam jak profesor McGonagall biegnie w stronę poszkodowanego i o mało się nie wywraca, gdy pod jej butem utknął spory kamień. Widownia miała w ten sposób dodatkowy powód do śmiechu. 
Malfoy, który przez chwilę szybował w powietrzu z wysoko uniesioną dłonią, szybko wylądował tuż obok przeciwnika i ku zdziwieniu całego Hogwartu pomógł profesorce z podniesieniem Erniego, który mimo wszystko nie połamał wszystkich kości i z grymasem na twarzy zrównał się ramionami z Malfoyem. Chłopcy uścisnęli sobie wtedy dłonie i Malfoy wciąż trzymając puchona, zaprowadził go do szatni, bądź skrzydła szpitalnego. Tego nie wiedziałam. 
-Wooow, widzieliście to!? - huknął Ron, trzymając dłonie na ustach. - Nic mu nie jest! 
-Spadł zaledwie z kilku metrów - parsknęła Parvati, którą najwidoczniej bawiło dzisiejsze zachowanie Rona. 
-Ron, koniec emocji na dzisiaj - powiedział Harry i podniósł się ze swojego miejsca. 
Tuż przy wejściu do zamku, od strony dziedzińca, podeszła do nas Padma Patil, siostra Parvati. Trzymała w swojej dłoni bordową czapkę, która zdecydowanie nie pasowała do jej granatowego szalika. 
-Ee… Parvati? - zaczepiła ją. - Jakiś ślizgon podszedł do mnie i podał mi to… - Padma wskazała na czapkę.
-Ochh - zapiszczała Parvati i wyrwała siostrze swoją własność. Wyglądała na bardzo zdenerwowaną. 
-O co ci chodzi? - zapytała zdumiona. 
Ja również nie miałam pojęcia o co chodzi Parvati. Powinna się cieszyć, że Nott w ogóle oddał jej tę czapkę. Przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie zobaczyłam dziury, wyprutej na samym czubku. 
-Widzisz!? - wskazała palcem na zniszczenie. 
Padma już nic nie odpowiedziała. Pożegnała się z nami i wróciła do swoich znajomych z Ravenclawu Razem z Harry’m, Ginny, Ronem i Parvati wróciliśmy do pokoju wspólnego, gdzie chłopcy w niezbyt przyjaznych humorach, zostali już do końca dnia.
Z Parvati i Ginny zdążyłam wymienić kilka uwag dotyczących Teodora Notta. Po całej tej sytuacji Parvati tylko wyśmiewała się z chłopaka i jego sposobów na podryw. Przynajmniej myślałyśmy, że był to w pewnym sensie flirt. Choć ona wcale nie wykazywała zainteresowania, to mi się wydawało, że wszyscy ślizgoni w tym roku poświrowali i byłam przekonana, że Nott będzie próbował owinąć sobie Parvati wokół palca. 
-Nigdy w życiu bym się z nim nie umówiła! - zaśmiała się Patil, a ja wyczułam w jej głosie odrobinę obrzydzenia co do osoby Notta. 
-Dlaczego? - zapytała Ginny, również ewidentnie kpiąc z chłopaka. 
-On się przyjaźni z Malfoyem, musi być z nim coś nie tak! - stwierdziła, a Ginny jej oczywiście przytaknęła. - W dodatku pomylił mnie z moją siostrą… - mruknęła, ale po chwili obie wybuchnęły śmiechem.
A więc okazało się wtedy, że oprócz Rona i Harry’ego, również koleżanki z mojego domu wciąż nienawidziły znajomej mi twarzy. Choć z Malfoyem rzadko zdarzało się bym rozmawiała, bo jedynie na lekcjach, gdzie przypadkowo trafiliśmy sobie w ręce jako para, wtedy, pamiętnego wieczoru nad jeziorem, no i w bibliotece tego samego dnia, to niestety zbyt często zaczęłam o nim myśleć i mimo tego, że wiedziałam, że takim zachowaniem sprawiam sobie jedynie krzywdę, to nie potrafiłam się powstrzymać. Ten chłopak pozostawił ślad w mojej głowie głównie dlatego, że był taki tajemniczy. Nie potrafiłam go rozszyfrować, a obserwowanie go, dawało mi więcej możliwości, bo po kilku tygodniach zauważyłam rezultaty. Zaczęłam powoli poznawać jego ekspresję, to jak wypowiada niektóre słowa i jakie ruchy mu wtedy towarzyszą. Po kilku miesiącach, stało się dla mnie jasne, że to zwykła obsesja i widziałam u niego najdrobniejsze zmiany w nastroju. Dziś wiem kiedy kłamie, wiem kiedy odłoży proroka codziennego i sięgnie po filiżankę kawy, albo kiedy poprawi krawat, którego tak bardzo nie znosi. Ale chyba nieco za daleko wybrnęłam w przyszłość. Powrócę więc do naszego pierwszego, oficjalnego spotkania, czyli pierwszej lekcji transmutacji jakiej mu udzieliłam. 
-Malfoy! - zdenerwowałam się w końcu. - Czy ty naprawdę nie potrafisz zamienić kałamarza w pióro? To poziom piątej klasy… - wytknęłam mu, gdy po niecałej godzinie nie potrafił nadal nic wyczarować.
Malfoy wywrócił oczami, wyraźnie zirytowany. Nie miałam pojęcia, czy on u d a j e? To są podstawowe rzeczy, których uczyliśmy się dawno temu. Do mojej podświadomości docierały takie domysły jak na przykład to, że on chciał spędzić ze mną tylko trochę czasu. Co było absurdalne i niedopuszczalne, zważając na to kim dla siebie byliśmy. Choć broniłam się przed tym i starałam nie myśleć o nim aż tak c z ę s t o, to wcale nie mogłam o Malfoyu myśleć jak o wrogu. Zdawałam sobie sprawę, że jest podstępnym glutem, i że lada chwila sprawi mi ogromną przykrość. Wiedziałam o tym, więc nie myślcie, że jestem aż tak naiwna.
-Słuchaj Granger, przyszedłem się tutaj czegoś nauczyć, ale jak na razie ty mówisz tylko jak bardzo beznadziejny jestem - stwierdził z wyrzutem, ale muszę przyznać, że zobaczyłam w jego oczach coś, czego nie potrafiłam zidentyfikować. 
Nagle poczułam skurcz żołądka i zrobiło mi się niedobrze. Nerwowo przełknęłam ślinę, mając nadzieje, że zaraz mi przejdzie. Wiedziałam, że zrobiłam się biała jak prześcieradło, ale starałam się zachować normalną postawę ciała. 
-Wszystko w porządku? - zapytał Malfoy, przyglądając mi się uważnie. 
W momencie kiedy spojrzał mi w oczy, dostrzegłam jasne, srebrne plamki na jego błękitnych tęczówkach. 
Wyraz jego twarzy nie zmienił się, wzroku, który we mnie utkwił kilka sekund temu, również nie oderwał 
-Trochę źle się czuję - odpowiadam słabym głosem. 
-Może lepiej stąd chodźmy - powiedział łagodnie, ale ja zaprzeczyłam i szybko pokręciłam głową. - Granger… - Twarz skamieniała mu na widok stróżki krwi, spływającej prosto do moich ust. 
-To nic takiego! - zapewniłam, przypominając sobie sytuacje jak Ron uderzył mnie ręką w twarz. - Ostatnio oberwałam i od tego czasu zdarza mi się takie coś - wytłumaczyłam i zabrałam się za grzebanie w torbie w poszukiwaniu chusteczki. Niestety bez skutku. 
-Masz Granger - Malfoy wyciągnął z kieszeni chusteczkę i nawet na mnie nie patrząc, podał mi ją do ręki. Zaraz po tym szybko zaczął pakować nasze książki do torby. 
Spojrzałam na niego z niezrozumieniem i powoli wytarłam krew spod obolałego nosa.
-Co ty robisz? - zapytałam, nie rozumiejąc jego zachowania. Czyżby czuł do mnie odrazę… - Ach już rozumiem - powiedziałam rozgoryczona. - Brzydzisz się mojej krwi. 
-Krwi? - skrzywił się. - Dlaczego miałbym się jej brzydzić? - zapytał wstając z krzesła, najwyraźniej nieco zdenerwowany. 
-Jestem szlamą - sprostowałam. 
Wyraz twarzy Malfoya pozostał nieodgadniony. Patrzył na mnie z niedowierzaniem, ale ja wiedziałam co tak naprawdę myśli. To oczywiste, że ktoś taki jak on czuł pogardę do kogoś takiego jak ja. Do takiej „hołoty”, jak to miał w zwyczaju nazywać mnie w przeszłości.
-Wiesz co Granger? Jedyny wstręt jaki mogę czuć, to do siebie - odparł, a jego lodowaty wzrok przeszył mnie na wskroś. - Do siebie w przeszłości - dodał, a ja speszona wlepiłam wzrok w sufit. - A teraz, jeśli pozwolisz, zabiorę cię do wielkiej sali na kolację, gdzie na moich oczach masz wypić herbatę z eliksirem wzmacniającym.
Nie wiedziałam, czy aby na pewno dobrze zrozumiałam jego intencje. Czyżby się martwił o mnie? Przypuszczałam, że tak. Bo niby dlaczego tak się zachowywał? Nie potrafiłam go zrozumieć, do cholery! Ale wiecie co? Istnieje różnica pomiędzy przeczuciem, a pewnością, kolosalna. Wiedziałam to. Dlatego starałam sobie za dużo nie wyobrażać.
-O co ci chodzi Malfoy? - wycedziłam. 
-Chodzi mi o to, że coś z tobą nie tak i musisz… - urwał. 
Spojrzałam na niego i stwierdziłam, że jego zmieszanie sięgnęło chyba zenitu. W jego oczach zauważyłam napięcie, które sugerowało, że mam się natychmiast zgodzić.
-Po prostu się zgódź Granger - wzdycha. 
-Jeśli tak bardzo ci na tym zależy… - mruknęłam i podniosłam się z krzesełka. - A co jeżeli nas ktoś zobaczy? - zapytałam po chwili.
Malfoy nie zdążył odetchnąć, a kolejny problem pojawił się na jego głowie. 
-Jest późno, chyba już nikogo nie zastaniemy - powiedział z niezbyt przekonującą miną. 
Odwróciłam się gwałtownie gdy usłyszałam za swoimi plecami głos Rona. Oboje z Malfoyem marszczymy brwi, nie odzywając się, nadsłuchiwaliśmy o czym rozmawiał z Harrym.
-Myślisz, że Hermiona naprawdę może coś do mnie nadal czuć? - zapytał z nadzieją w głosie. 
Malfoy powstrzymał się od parsknięcia śmiechem tylko dlatego, że spiorunowałam go wzrokiem. Choć nie ukrywam, sama miałam wielką ochotę się zaśmiać.
-Ron, naprawdę nie mam pojęcia… - odpowiedział Harry, który wyraźnie miał dość pytań swojego przyjaciela. 
Malfoy nakazał mi gestem dłoni jak najszybciej wyjść z biblioteki. Spełniłam jego niemą prośbę i razem wyszliśmy na korytarz. W między czasie poczułam jak nogi się pode mną uginają i czuję niebezpieczne zawroty głowy. Złapałam się za skronie i delikatnymi ruchami próbowałam je wymasować. 
Malfoy, który dotychczas energicznym krokiem przemierzał ciemny korytarz, odwrócił się w moją stronę i z miną, która wyrażała nic innego jak tylko bezradność, złapał mnie za łokieć i podtrzymując bym nie upadła, zaprowadził prosto do Wielkiej Sali.
-Nie wiem co się ze mną dzieje - jęknęłam, gdy oboje znaleźliśmy się pod drzwiami. 
Malfoy zmarszczył czoło tak, że prawie zniknęły mu oczy i niepewnie rozejrzał się dookoła. 
-Chodźmy już - zaprosił mnie nonszalanckim gestem ręki do środka, a ja nie wiedziałam, czy nogi odmawiają mi posłuszeństwa ze względu na niego, czy może ze względu na dziwne stany zdrowotne, które od niedawna mi towarzyszą.